Historia

Szarża na czołgi

10 września 1939 r. ochotnicy z 4 szwadronu 17 Pułku Ułanów Wielkopolskich zaatakowali z zaskoczenia i rozbili niewielką niemiecką grupę pancerną stacjonującą nad rzeczką Mrogą. Wkrótce potem wydarzenie to przerodziło się w mit konsekwentnie wykorzystywany propagandowo przez nazistów i komunistów przeciwko polskiej kawalerii. Do dziś mit ten funkcjonuje w świadomości społecznej.

Ta historia wydarzyła się naprawdę. Czemu uznałem za stosowne o tym zapewniać? Mianowicie dlatego, że odnalazłem ją w legendzie opowiadanej w pobliżu Bzury – bielawskiej opowieści o „diable Borucie – czarnym ułanie”. W swoim czasie odwiedziłem Muzeum w Łęczycy. Wśród innych eksponatów wypatrzyłem konne figurki wykonane przez ludowych twórców z okolic Bielaw. „Po nitce do kłębka” – i tak ujawniła się ta autentyczna historia, którą obszerniej spisałem w książce pt. „Walewicka saga”. Pominę tu wątki fabularne. Przytoczę jedynie to, co – jestem o tym przekonany – wymaga upublicznienia.

Narastanie mitu

ADVERTISEMENT

Legenda okazała się historycznym faktem. Otóż wieczorem 10 września 1939 r. w pobliżu Walewic niedaleko Bielaw, nad rzeczką Mrogą, grupa ochotników z 17 Pułku Ułanów wchodzącego w skład Wielkopolskiej Brygady Kawalerii wykonała szarżę na czołgi… Takie stwierdzenie u jednych może wywołać zrozumiałe oburzenie, inni pomyślą, że to żadna rewelacja, ponieważ o szarżującej na czołgi polskiej kawalerii słyszy się od ponad pół wieku (precyzyjniej od 73 lat). Chociaż nie jestem zawodowym historykiem, to przez szacunek dla tradycji, prawdy i w obronie honoru polskiego żołnierza podjąłem starania, aby wydobyć utajoną w ustnej tradycji prawdę.

Trudno jest walczyć z napęczniałym podłością mitem, sączonym przez faszystowską, a później rozdmuchanym przez komunistyczną propagandę. Jadem, który wniknął głęboko w świadomość powszechną. Początek owej nieszczęsnej bajdy nie powstał, co oczywiste, na polach bitewnych września 1939 roku. Przewrotność historii polega również na tym, że jawną bzdurę wymyślono, kierując się sympatią dla wykrwawiającej się w bojach z najeźdźcą kawalerii. W chwili hitlerowskiej napaści na Polskę jej ambasadorem we Włoszech był znakomity kawalerzysta, generał i poeta, człowiek legenda: Bolesław Wieniawa-Długoszowski. Nie tylko w kraju, ale również w Italii wzbudzał sympatię, był też w zażyłych stosunkach z włoskim ministrem spraw zagranicznych, hr. Galeazzo Ciano. Prawdopodobnie to właśnie z jego inspiracji w pierwszej połowie września jeden z bardziej poczytnych rzymskich dzienników zamieścił obszerny, wypełniony patosem artykuł. Redaktor, który go napisał, mienił się korespondentem wojennym oraz zapewniał o autentyczności opisanych wydarzeń. Był rzekomo naocznym świadkiem i w duchu sympatii dla walczących z najeźdźcą Polaków ukazał ich bezprzykładne bohaterstwo, niezwyczajny heroizm obrońców Ojczyzny (twierdzi się, że takie sprawozdanie zamieścił Indro Montanelli, włoski korespondent wojenny obserwujący zmagania pod Krojantami; a może słowa te pisał faktycznie Curzio Malaparte? – rzecz mniejszej wagi). Artykuł wzbogacono zdjęciem z przedwojennych manewrów kawalerii. Szczególnie wyeksponowanym przykładem owego bezgranicznego męstwa miały być właśnie te… „szarże ułanów na czołgi”.

Mit w służbie nazistowskiej i komunistycznej propagandy

ADVERTISEMENT

Efekt takiego przejawu włoskiej sympatii okazał się dla Polaków fatalny. Wyjątkowo czujny i sprawny aparat goebbelsowskiej propagandy zareagował natychmiast. Bo też kąsek był łakomy: gromady oszalałych, zaślepionych bezsilnością głupców, którzy na swoich konikach frontalnie atakują stalowe cielska niemieckich czołgów. Takie rzekome przypadki, jako wyjątkowo liczne, szczegółowo opisywała nazistowska prasa. Równocześnie „relacjonując” wydarzenia z frontu, ukazywały je kroniki filmowe. Któż wówczas, oglądając te pełne dramatyzmu sceny, mógł wątpić w ich autentyzm? Kto by uwierzył, że gdzieś daleko za linią frontu filmowano oddziały niemieckiej jazdy przebrane w zdobyczne szynele i polskie hełmy. Aby dostrzec mistyfikację, niezbędna jest tzw. stopklatka – dopiero takie spojrzenie uwidacznia, że w istocie na filmie znajdują się żołnierze niemieccy (zachowali swoje siodła, spodnie i buty).

Konspiracyjna prasa czasów okupacji nie miała możliwości przeciwstawienia się „gadzinowskiej” propagandzie. Słyszałem (m.in. od rtm. Jana Ładosia, uczestnika szarży pod Krojantami), że oficerów jazdy naprawdę oburzał taki obraz kampanii wrześniowej. Nie był to jednak czas, aby dementować podobne bzdury, brakowało też możliwości. Jest mi również wiadome, że niektórzy z wrześniowych oficerów widząc na własne oczy sfilmowane szarże (a faktycznie niemieckie kroniki), mieli wątpliwości: a może gdzieś coś takiego się zdarzyło? Z przykrością należy również odnotować, że w niektórych środowiskach zaślepionej walką polityczną emigracji, pomimo zdecydowanych protestów oficerów kawalerii, mit ten funkcjonował. Być może wynika to z dziwacznego przekonania obowiązującego wśród znacznej części twórców naszej „historii”, że z tego, co dla Europy byłoby przejawem bezmyślnej ofiarności i braku kompetencji, można uczynić powód do dumy, dowód miłości Ojczyzny i bezprzykładnego heroizmu. Zapewniam, że słuchając wspomnień kombatantów podczas rocznicowych spotkań (Krojanty, Walewice, Mokra), odniosłem wrażenie, iż temat szarż na czołgi nie wzbudzał w powrześniowym czasie nadmiernych emocji. Wszystkich poraził Katyń.

Po wojnie ludowa władza ruszyła na bój z obszarnikami i burżuazją. Do „zaplutych karłów reakcji” wliczono oficerów kawalerii. Wtedy nadzwyczaj przydatnym okazał się ów prawie zapomniany już fałsz niemieckiej propagandy. Czy można było znaleźć lepszy przykład nieodpowiedzialności, głupoty, braku umiejętności, a wreszcie pogardy dla prostego żołnierza (ułana) niż te „mołojeckie szarże”? Wspominano więc o tym tu, przypominano ówdzie, ale były przecież ważniejsze dla „przedstawicieli narodu” tematy. Niezaprzeczalnym hitem komunistycznej propagandy stał się film „Lotna” Andrzeja Wajdy. Recenzje, co oczywiste, były entuzjastyczne, mimo że reżyser podtrzymywał faszystowskie kłamstwo. Ubarwił je nawet absurdalną wizją rąbania pałaszem w lufę czołgu. Obiektywnie mogłoby to być zrozumiałe, gdyby twórca otrzymał gażę za reklamowanie szabel produkowanych w Hucie Ludwików – że owszem, takim czymś to i armatę można przerąbać… Nie powinno się jednak zapominać, że już wcześniej, zanim powstał ów film (1959 r.), tysiące wspaniałych „Ludwikówek” wz. 34 przetopiono na lemiesze. Skoro nie była to reklama, cóż pozostaje? Nie mam ochoty dociekać racji, dla których powstał taki obraz. Czy jest to klarowna jak łza propaganda, czy po latach mętnie tłumaczona licentia poetica? Twórca musi wziąć odpowiedzialność za swoje dzieło; szczególnie, jeśli posłużył się fałszem, który głęboko wrył się w świadomość narodu.

ADVERTISEMENT

Jak było naprawdę

Nie powinno dziwić, że taki obraz wywołał szczere oburzenie w środowisku żyjących jeszcze wówczas kawalerzystów. Cios był tym bardziej bolesny, że na podobny koncept nie wpadli nawet czeladnicy „mistrza” Goebbelsa. Szczególnie wstrząśnięty był dowódca Wielkopolskiej Brygady Kawalerii, gen. dr Roman Abraham. Skąd o tym wiem? Tu właśnie jest ten moment, aby opowiedzieć historię szarży, która miała miejsce nad wpadającą do Bzury rzeczką Mrogą. Przytoczę fragment „ Walewickiej Sagi” (str. 89):

Wielki znawca diabelskiej tematyki, autor licznych poświęconych jej książek, urodzony i wychowany w Łęczycy pan Wiktoryn Grąbczewski wspominał, że: „W końcu 1959 roku przypadkowo spotkał gen. dr. Romana Abrahama. Opowiedział mu zasłyszaną w okolicach legendę o Borucie – ułanie w Wielkopolskiej Brygadzie Kawalerii, o tym, jak dzielnie swoją lancą zakończoną widłami przecinał i zapalał czołgi najeźdźcy. Ponieważ spotkanie nastąpiło niedługo po premierze filmu Andrzeja Wajdy „Lotna”, generał był bardzo wzburzony i powiedział: ‹‹Czy pan wierzy w te brednie dotyczące szarż na czołgi? To brednie! Niemieckie kłamstwa podchwycone przez naszych pseudohistoryków i innych kontynuatorów goebbelsowskiej propagandy. Chciano nas, dowódców, tym ośmieszyć, pokazać jako nieuków wymachujących szabelką i lancą na czołgi. To niechybna śmierć naszych żołnierzy, do której byśmy nie dopuścili… Widzę, że zmartwiłem pana niszcząc mu legendę.›› Ale, ale – gen. Abraham coś sobie przypomniał, złagodniał – ‹‹W każdej legendzie jest jednak trochę prawdy. Przypominam sobie taki fakt. Mój sztab stanął w majątku Psary. Ja objeżdżałem oddziały, byłem też w Walewicach. W późnych godzinach popołudniowych odszukał mnie dowódca konnego patrolu i zameldował, że od strony Głowna pojawiło się sześć nieprzyjacielskich czołgów. Czołgiści stanęli nad rzeczką [Mrogą – przyp. JMP] i biwakują. Po usłyszeniu meldunku poleciłem wysłać tam grupę uderzeniową i zaatakować odpoczywających, jak tylko nastanie szarówka. Wyznaczeni do przeprowadzenia tej akcji ułani wyskoczyli na koniach z zarośli tak szybko, że Niemcy nie zdążyli zorganizować obrony. Część z nich poległa, część wzięliśmy do niewoli. W czasie tej szarży wzniesiono okrzyk hurrra! Były strzały. Płonące czołgi. Były trupy, jak to na wojnie. Z oddalonych budynków (Bielawy – przyp. JMP) wieśniacy musieli to wszystko obserwować i stąd zapewne powstała ta piękna, patriotyczna legenda.››

Starcie polskich kawalerzystów z niemieckimi czołgistami nad rzeczką Mrogą, 10 września 1939 r. (rys. Jerzy Mirosław Płachecki, opublikowano na licencji Creative Commons)

Legenda rzeczywiście piękna tym bardziej, że osnuta na autentycznym wydarzeniu. Z tego, co udało mi się ustalić, wspomnianą grupę uderzeniową stanowili ochotnicy z 4 szwadronu 17 Pułku Ułanów dowodzonego przez rtm. Czesława Juścińskiego. Pozycją wyjściową był wcześniej zajęty przez ten oddział teren w Walewicach, na którym obecnie stoją bloki mieszkalne, vis a vis (przeciwna strona szosy) pomnika upamiętniającego toczące się tam walki we wrześniu 1939 r. Grupa uderzeniowa wraz z koniowodnymi liczyła nie więcej niż 30 osób (1). Sakwy wypełnione zostały wiązkami granatów. Dodatkowo oddział dysponował dwiema rusznicami ppanc. i erkaemem. W pobliże miejsca, w którym zlokalizowana została kolumna niemieckich czołgów (2), ochotnicy przemieścili się, prowadząc konie w ręku. Obsługujący rusznice i erkaem zajęli wyznaczone pozycje, a ułani dosiedli koni i odbezpieczyli granaty. Na dany sygnał ruszyli do szarży na Niemców, obrzucając czołgi wiązkami granatów. Przemknęli obok stalowych cielsk, zawrócili i ponowili atak. Straty własne były praktycznie żadne. Wszystkie czołgi płonęły!

Dekonstrukcja mitu?

Nie potrafię zrozumieć, dlaczego przez wiele lat wśród rocznicowych obchodów, ani w publikacjach o bitwie nad Bzurą (w tym o bojach o Walewice) lub w utworzonej z pietyzmem Izbie Pamięci w bielawskiej szkole nie znalazły się wzmianki o tej szarży. Dlaczego rzecz zachowała się jedynie w ustnym przekazie i twórczości ludowych artystów. Kiedy spisywałem walewicką legendę diabła Boruty, coś – może duch sarmackiego biesa – popchnęło mnie do zagłębienia się w epizod wrześniowej historii. Ten „czarny ułan” albo, jak nazywali go inni, „ułan gen. Abrahama”, jest znaczącym symbolem. Znaczącym, bo nadal panoszy się wytwór robaczywej wyobraźni – kawalerzysta bezrozumnie okładający szablą lufę wrażego czołgu.

Zbliżała się 70. rocznica wrześniowych zmagań. Doskonały czas, aby nareszcie można było zaprezentować polskiego jeźdźca, który owszem, szarżuje na czołgi – ale szarżuje nie dla fikcyjnego szaleństwa, tylko właśnie po to, aby je realnie zniszczyć. Odeszli już na wieczną wartę niemal wszyscy uczestnicy boju o Walewice. Brakowało świadków, którzy mogliby wspomóc zatarcie propagandowych kalumnii o zasklepionej w bezsensownej brawurze polskiej kawalerii. Gdy zatelefonował do mnie kolega z pewną propozycją, sądziłem, że uśmiechnęło się do mnie szczęście. Oto gen. Michał Gutowski – we wrześniu 1939 r. rotmistrz 17 Pułku Ułanów, dowódca szwadronu, który zdobył walewicki pałac – wyraził chęć wysłuchania moich piosenek o kawalerii. Prezentacja miała się odbyć na terenie klubu jeździeckiego Legia przy ul. Kozielskiej. Pojawiła się szansa dopytania Pana Generała o szczegóły walk o Walewice oraz (miałem taką nadzieję) szarży nad Mrogą. Jeśli dobrze pamiętam, spotkanie miało nastąpić na początku sierpnia. Kilka dni przed wyznaczoną datą otrzymałem kolejny telefon od znajomego z informacją, że spotkanie zostaje przełożone na inny termin z powodu wypadku, któremu uległ gość honorowy. Niestety, nie odbyło się ono wcale. Gen. Michał Gutowski zmarł 23 sierpnia 2006 roku.

Wielka szkoda i to nie tylko dlatego, że musieliśmy pożegnać wspaniałego kawalerzystę. Wraz z Generałem zgasła szansa pełniejszego wyjaśnienia niezwykle intrygującego epizodu kampanii wrześniowej 1939 r. Po szarży, na tle łuny z nieprzyjacielskich czołgów, wraca do swoich oddziałek polskiej kawalerii…

Jerzy Mirosław Płachecki

Przypisy:
1. W rozmowie z P. Grąbczewskim gen. Abraham wspominał, że: „Po usłyszeniu meldunku (o niemieckich czołgach – przyp. JMP), poleciłem natychmiast wysłać tam szwadron i zaatakować odpoczywających, gdy tylko nastanie szarówka…” Według moich ustaleń, taki rozkaz dotarł do rtm. Juścińskiego. Z różnych przyczyn nie mógł być on jednak wykonany przy użyciu całego szwadronu, dlatego dowódca zdecydował o wysłaniu grupy uderzeniowej złożonej z ochotników.

2. Trudno jest obecnie ustalić liczbę niemieckich czołgów, których załogi odpoczywały nad Mrogą w pobliżu Bielaw po południu, 10 września 1939 r. Mówiono, że było ich kilkanaście. Wydaje się to mało prawdopodobne, dlatego – ufając pamięci gen. Abrahama – należy przyjąć, że było to sześć czołgów. Również nie jest już chyba możliwe stwierdzenie, czy, a jeśli tak, to ile znajdowało się tam samochodów (w tym pancernych). Przypuszczalnie jakieś były, bo kolumnie czołgów towarzyszył oddział piechoty.

Ilustracja główna: Propagandowa scena z filmu Andrzeja Wajdy „Lotna”. Kawalerzysta atakuje szablą niemiecki czołg. Była to komunistyczna kontynuacja goebbelsowskiej propagandy.

Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska