Islam

Enoch Powell: Ulicami popłyną rzeki krwi. „Musimy być szaleni jako naród, aby pozwalać na napływ tysięcy imigrantów”

Enoch Powell – brytyjski polityk, członek Partii Konserwatywnej i Ulsterskiej Partii Unionistycznej, minister w drugim rządzie Harolda Macmillana – przeszedł do historii przede wszystkim ze względu na słynne przemówienie, jakie wygłosił 20 maja 1968 r. w Birmingham, zwane „mową o rzekach krwi” (Rivers of Blood speech). Powell skrytykował w niej przegłosowany przez laburzystowską większość Race Relations Act. Ostrzegał przed długofalowymi konsekwencjami zmian demograficznych oraz przed tym, iż ustawy mające rzekomo stanowić zaporę przeciwko dyskryminacji rasowej będą w przyszłości przez rząd użyte do łamania swobody wypowiedzi. Przemówienie to przypłacił natychmiastową dymisją. Brytyjska opinia publiczna przyjęła jego słowa z przerażeniem. Do dzisiaj nazwisko Enocha Powella jest synonimem wszelkiego zła w rozumieniu politycznej poprawności: rasizmu, faszyzmu i co tam jeszcze można dodać.

Pięć lat później, w roku 1973 pisarz francuski – Jean Raspail opublikował powieść „Obóz świętych”, fikcyjną historię o setkach tysięcy nędzarzy z Indii, którzy wsiedli na statki, by popłynąć do europejskiego raju. Po ponad czterech dekadach, w obliczu wielotysięcznej inwazji migrantów przełomu lat 2015/2016 warto zapoznać się ze słynnymi słowami Enocha Powella.

ADVERTISEMENT

Przemówienie do Zgromadzenia Naczelnego Centrum Politycznego Partii Konserwatywnej w regionie West Midlands, wygłoszone w Birmingham 20 kwietnia 1968 roku

Najważniejszą funkcją rządzenia państwem jest przewidywanie usuwalnych zagrożeń. W realizacji tego celu napotyka ona na przeszkody głęboko zakorzenione w ludzkiej naturze. Pierwszą stanowi fakt, iż porządku takich rzeczy nie da się przedstawić, dopóki one same się nie objawią, a na każdym etapie ich obecności jest miejsce na wątpliwość i dyskusję, czy zagrożenie jest prawdziwe czy wyobrażone. Z tego też powodu przyciągają one mniej uwagi od kłopotów obecnych, które są tak bezdyskusyjne, jak i naglące, stąd dręcząca pokusa każdej polityki, aby zajmować się bezpośrednią teraźniejszością kosztem przyszłości. Poza tym, ludziom wyrzuca się pomyłki w przewidywaniu problemów jako przyczynę problemów, czy nawet pożądanie problemów. „Jeżeli tylko”, jak niektórzy uwielbiają myśleć, „Jeżeli tylko ludzie by o tym nie mówili, to najprawdopodobniej by się to nie stało.” Być może nawyk ten odwołuje się do wiary prymitywnej, że słowo i rzecz, imię oraz obiekt są ze sobą tożsame.

W każdych okolicznościach dyskusja o przyszłych, poważnych, ale teraźniejszym wysiłkiem możliwych do uniknięcia niebezpieczeństwach jest najbardziej niepopularnym i jednocześnie najbardziej koniecznym zajęciem dla polityka. Ci, którzy świadomie się od niej wymigują zasługują na, i nierzadko otrzymują, przekleństwa od ludzi, którzy nastąpią po nich. Tydzień albo dwa temu wdałem się w rozmowę z wyborcą, całkiem zwyczajnym, pracującym mężczyzną w średnim wieku, zatrudnionym w jednym z naszych upaństwowionych przedsiębiorstw. Po wymianie jednego lub dwóch zdań o pogodzie stwierdził nagle: „Gdyby mnie było na to stać, opuściłbym ten kraj”.

Odpowiedziałem w ganiący sposób, że nawet ten rząd nie będzie trwał wiecznie, lecz nie zwrócił na to uwagi i kontynuował: ” Mam troje dzieci, wszystkie ukończyły już szkołę średnią, a dwójka z nich jest w małżeństwie i ma własne rodziny. Nie będę usatysfakcjonowany, dopóki nie zobaczę, jak osiedlają się za morzem. W tym kraju za 15 czy 20 lat czarny człowiek będzie trzymał bat nad karkiem białego człowieka.” Już słyszę chór potępienia. Jak śmiem mówić coś tak straszliwego? Jak śmiem wzbudzać niepokój i podgrzewać nastroje przez powtarzanie takiej rozmowy? Moją odpowiedź stanowi fakt, iż nie mam prawa tego nie robić. Oto przyzwoity, zwykły, angielski obywatel, w biały dzień w moim własnym mieście mówi mnie, członkowi parlamentu, że ten kraj nie będzie warty jego dzieci. Po prostu nie mam prawa wzruszyć ramionami i myśleć o czymś innym. To, o czym on mówił, tak samo mówią i myślą tysiące i setki tysięcy ludzi, być może nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale także w miejscach, w których zachodzi całkowite przeobrażenie, dla którego nie ma przykładu w tysiącu lat angielskiej historii. Przy obecnych tendencjach, za 15 albo 20 lat w tym kraju będzie trzy i pół miliona imigrantów ze Wspólnoty oraz ich potomków. To nie są moje liczby. To są oficjalne liczby, podane parlamentowi przez rzecznika głównego urzędu statystycznego. Nie ma porównywalnej oficjalnej liczby na rok 2000, ale musi się ona sytuować w okolicach od pięciu do siedmiu milionów, około jednej dziesiątej całego społeczeństwa1 i wielkości Wielkiego Londynu. Oczywiście nie będzie ona rozłożona równo od Margate do Aberswyth i od Penzance do Aberdeen. Całe obszary, miasta i części miast wokół Anglii będą zamieszkane przez sekcje imigrantów i ludności pochodzenia imigranckiego.

ADVERTISEMENT

Wraz z biegiem czasu proporcja sumy potomków imigranckich urodzonych w Anglii, przybyłych tutaj w ten sam sposób, co my, gwałtownie się zwiększy. W roku 1985 urodzeni w kraju będą stanowić większość. Ten fakt tworzy olbrzymią potrzebę działania w tej chwili, takiego działania, które politykom najtrudniej jest podjąć, gdzie trudności znajdują się w teraźniejszości, ale zło, któremu trzeba zapobiec albo zminimalizować czeka kilka kadencji dalej. Naturalnie i rozsądnie pierwszym pytaniem narodu postawionego przed taką perspektywą brzmi: „Jak można zmniejszyć te wymiary?” Co prawda w całości zapobiec temu czynnikowi nie można, lecz da się go ograniczyć, biorąc pod uwagę, że liczby stanowią tutaj sedno; znaczenie i konsekwencje wprowadzonego obcego elementu głęboko się różnią, w zależności od tego, czy ów element stanowi 1 czy 10 procent. Odpowiedzi na proste i rozsądne pytanie jest równie prosta i rozsądna: przez zatrzymanie, dosłownie zatrzymanie, dalszego napływu i promowanie maksymalnego odpływu. Obie te odpowiedzi są częścią oficjalnej polityki Partii Konserwatywnej. To prawie niewiarygodne, że w tej właśnie chwili 20 albo 30 dodatkowych dzieci imigranckich przybywa zza morza do samego Wolverhampton każdego tygodnia, co oznacza 15 lub 20 dodatkowych rodzin za dekadę lub dwie. Kogo bogowie chcą zniszczyć, tego wpierw czynią szalonym.

Musimy być szaleni, dosłownie szaleni jako naród, aby pozwalać na roczny napływ 50 000 ludzi na naszym utrzymaniu, w większości podstawy do przyszłego wzrostu ludności pochodzenia imigranckiego. Przypomina to widok narodu zajętego wznoszeniem własnego stosu pogrzebowego. Jesteśmy tak obłąkani, że pozwalamy imigrować osobom stanu wolnego, aby założyć rodzinę z małżonkami i narzeczonymi, których nigdy wcześniej nie widzieli. Niech nikt nie przypuszcza, że napływ ludzi zależnych od państwa nagle się zahamuje. Wręcz przeciwnie, nawet dzisiejsze warunki przyjmowania jedynie 5 000 za poręczeniem, wystarczą do pojawienia sie 25 000 zależnych rocznie ad infinitum, bez zwracania uwagi na potężny zbiór stosunków panujących w tym kraju, a ja nie pozwalam na nieuczciwe wejście tych ludzi.

W zaistniałych okolicznościach nie pozostaje nic innego poza natychmiastowym ograniczeniem całkowitego napływu osiedlenia do proporcji pomijalnych i bezzwłocznym podjęciem koniecznych środków legislacyjnych i administracyjnych. Podkreślam słowo „osiedlenia”. Nie ma ono zastosowania do wejścia obywateli Wspólnoty, ani też innych obcych, do tego kraju dla celów nauki albo podniesienia kwalifikacji, jak (przykładowo) lekarzy ze Wspólnoty, którzy, z korzyścią dla własnych krajów, umożliwili naszej opiece szpitalnej rozwinięcie się szybsze, niż byłoby to normalnie możliwe. To nie są i nigdy nie byli imigranci. Zwracam się ku reemigracji. Gdyby wszelka imigracja skończyła się jutro, wskaźnik przyrostu imigrantów i ludzi pochodzenia imigranckiego znacząco by się zmniejszył, lecz przyszły kształt tego elementu w społeczeństwie nadal pozostawiłby podstawową naturę bezpieczeństwa narodowego niezagrożoną. Może być ono rozwiązane wyłącznie wtedy, gdy (ostatni spis powszechny dla samej Anglii (2011) oszacował tę liczbę ponad siedem i pół miliona (14,5% społeczeństwa – przyp. tłum.) brana pod uwagę proporcja nadal obejmuje osoby, które pojawiły się w tym kraju w ostatnich dziesięciu latach lub okolicach tego terminu.

ADVERTISEMENT

Stąd pilność teraźniejszego wprowadzenia drugiego elementu polityki Partii Konserwatywnej: zachęty do reemigracji. Nikt nie może obliczyć albo oszacować liczby tych którzy, korzystając z hojnej pomocy, wybraliby powrót do swoich krajów rodzinnych, albo do innych krajów, chcąc wykorzystać siłę roboczą i umiejętności, jakie reprezentują. Tego nie wie nikt, ponieważ takiej polityki jeszcze nie próbowano. Mogę jedynie powiedzieć, że nawet w chwili obecnej imigranci z mojego własnego okręgu przychodzą do mnie od czasu do czasu, prosząc o pomoc w zorganizowaniu im powrotu do domu. Gdyby taka polityka została przyjęta i wdrożona z determinacją, którą usprawiedliwia powaga alternatywy, przyszły odpływ mógłby zadowalająco odmienić perspektywę. Trzecim elementem polityki Partii Konserwatywnej jest założenie, iż wszyscy obywatele tego państwa powinni być równi wobec prawa, oraz, że władza publiczna nie będzie dopuszczać dyskryminacji, ani rozróżnienia między nimi. Jak to ujął pan Heath, nie będzie żadnych „obywateli pierwszej klasy” ani „obywateli drugiej klasy”. Nie oznacza to, że imigrant i jego potomek powinien być podniesiony do uprzywilejowanej albo specjalnej klasy, albo, żeby obywatelowi można było odmówić dyskryminacji w zarządzaniu jego prywatnymi stosunkami miedzy jednym współobywatelem a drugim, albo poddawania obywatela naciskowi za wybór motywów i powodów kierujących wyborem jednego legalnego zachowania przed innym.

Nie mogło być większej pomyłki w ocenie rzeczywistości od tej przejawianej przez ludzi głośno domagających się legislacji zwanej przez nich „antydyskryminacyjną”, niezależnie, czy są publicyści tego samego rodzaju, a czasami tych samych gazet, którzy w latach trzydziestych rok po roku próbowali zaślepić ten kraj przed nadchodzącym zagrożeniem, z którym się trzeba było w końcu zmierzyć, czy arcybiskupi żyjący w pałacach, przewracający się powoli w pościeli założonej na głowę. Ich ocena jest konkretnie i diametralnie błędna. Dyskryminacja i pozbawianie praw, poczucie niepokoju i urazy przynależy nie do społeczeństwa imigrantów, lecz do tych, do których oni przybyli i ciągle przybywają. Dlatego właśnie uchwalanie takiego prawa w tym momencie stanowi ryzyko podpalenia beczki prochu. Najuprzejmiejszą rzeczą, jaką da się powiedzieć o ludziach ją proponujących i wspierających jest to, że nie wiedzą, co robią. Nie ma nic bardziej mylącego od porównania imigranta ze Wspólnoty w Brytanii i amerykańskiego murzyna. Murzyńskie społeczeństwo Stanów Zjednoczonych, istniejące jeszcze przed tym, jak Stany Zjednoczone zostały narodem, zaczynało dosłownie jako niewolnicy, później przyznano mu prawo wyborcze oraz inne wolności obywatelskie, do korzystania z których dochodzili stopniowo i nadal nie w pełni. Imigrant ze Wspólnoty przybył do Brytanii jako pełnoprawny obywatel, do kraju nieznającego dyskryminacji między jednym obywatelem a drugim, od razu dostał prawa każdego obywatela od prawa głosu do darmowego leczenia w państwowej opiece medycznej.

Jakiekolwiek przeszkody spotkały imigrantów, nie wynikły one z prawa, publicznej polityki, albo administracji, ale z tych osobistych okoliczności i przypadków, które powodują i zawsze będą powodować, że powodzenie oraz doświadczenia jednego człowieka różni się od drugiego. Podczas gdy dla imigrantów wstęp do tego kraju oznaczał dostęp do przywilejów i możliwości gorliwie przez nich poszukiwanych, ich wpływ na dotychczasowe społeczeństwo był radykalnie odmienny. Członkowie tego ostatniego, z powodów przez nich nierozumianych, wynikających z odgórnej, nigdy nie skonsultowanej z nimi decyzji, odkryli, iż stali się obcymi we własnym kraju. Odkryli, że ich żony nie mogą dostać łóżek szpitalnych na poród, ich dzieci nie mogą chodzić do szkoły, ich domy i sąsiedztwa zmieniły się nie do poznania, ich plany i perspektywy na przyszłość się rozpadły; w pracy odkryli wahanie wobec przystosowania do imigranckich pracowników standardów dyscypliny i kompetencji wymaganych od pracowników rdzennych; z biegiem czasu zaczęli słyszeć coraz więcej głosów, że to oni są niechciani. Teraz dowiedzieli się, że jednostronny przywilej ma zostać zaakceptowany przez parlament; prawo, które nie może i nie zamierza ich bronić ani zadośćuczynić ich krzywdom, działa za to tak, by dać nieznajomemu, niezadowolonemu i prowokatorowi możliwość postawienia ich pod pręgierzem za czyny prywatne. W setkach listów jakie otrzymałem, kiedy po raz pierwszy mówiłem o tej kwestii dwa lub trzy miesiące temu, wybijał się jeden uderzający element, który jest całkiem nowy i uważany przeze mnie za złowrogi. Wszyscy członkowie parlamentu są przyzwyczajeni do typowej anonimowej korespondencji; ale tym, co mnie zaskoczyło i zaalarmowało była wysoka proporcja zwykłych, przyzwoitych, rozsądnych ludzi, piszących racjonalne i często uczone listy, którzy wierzyli, że muszą pominąć swój adres, ponieważ niebezpiecznym jest powierzanie na papierze członkowi parlamentu zgody z poglądami, jakie przedstawiłem, że ryzykowaliby kary albo reperkusje, gdyby wiadome było, iż oni to napisali.

Pozwolę jednemu z tych setek ludzi przemówić za mnie: Osiem lat temu dom na szanowanej ulicy w Wolverhampton sprzedano murzynowi. Teraz mieszka tam tylko jedna biała osoba, emerytka w podeszłym wieku. Oto jej historia. Straciła męża i obu synów na wojnie. Zmieniła więc swój siedmiopokojowy dom, jedyny kapitał, w pensjonat. Pracowała ciężko i dobrze sobie radziła, spłaciła hipotekę i zaczęła odkładać oszczędności na stare lata. Potem wprowadzili się imigranci. Z rosnącym strachem patrzyła, jak zajmowany jest dom po domu. Cicha ulica zmieniła się w miejsce pełne hałasu i zamieszania. Niestety, biali lokatorzy się wyprowadzili. Dzień po odejściu ostatniego z nich, dwóch murzynów obudziło ją o siódmej rano, by skorzystać z telefonu do skontaktowania się ze swoim pracodawcą. Kiedy odmówiła, tak samo, jak odmówiłaby każdemu nieznajomemu o tej porze, została zelżona i obawiała się, że zostanie zaatakowana, gdyby nie łańcuch na drzwiach. Imigranckie rodziny próbowały wynająć pokoje w jej domu, ale zawsze im odmawiała. Jej małe oszczędności się wyczerpały i po opłaceniu rachunków ma teraz mniej niż dwa funty na tydzień. Wniosła o obniżenie rachunków i spotkała się z młodą dziewczyną, która po usłyszeniu o siedmiopokojowym domu, zasugerowała, iż część powinna zostać poświęcona na wynajem. Kiedy odpowiedziano jej, że jedyni dostępni lokatorzy to murzyni, dziewczyna odparła „Uprzedzenia rasowe donikąd pani nie zaprowadzą w tym kraju.” Staruszka wróciła do domu. Telefon to jej kontakt ze światem. Jej rodzina płaci rachunek i pomaga jej najlepiej, jak może. Imigranci zaoferowali kupno domu za cenę, którą przyszły właściciel będzie mógł odzyskać od lokatorów w ciągu kilku tygodni, najdalej miesięcy. Boi się wyjść na zewnątrz. Szyby wybito. Do skrzynki pocztowej wpycha się jej ekskrementy. Kiedy idzie do sklepu, podążają za nią dzieci, urocze, szeroko uśmiechnięte murzyniątka. Nie umieją mówić po angielsku, ale znają jedno słowo. „Rasistka”, śpiewają. Ta kobieta jest przekonana, że pójdzie do więzienia, kiedy przejdzie nowa ustawa o stosunkach rasowych. A czy się myli? Zaczynam się nad tym zastanawiać. Innym niebezpiecznym złudzeniem, na które świadomie albo w zaślepieniu na rzeczywistość cierpią niektórzy, zawiera się w słowie „integracja”. Zintegrować się ze społeczeństwem oznacza być, ze wszystkich powodów praktycznych, nieodróżnialnym od reszty. W chwili obecnej, kiedy zaistniały różnice fizyczne, zwłaszcza koloru, integracja jest trudna, choć, zwłaszcza z biegiem czasu, nie niemożliwa. Pośród imigrantów ze Wspólnoty, którzy przybyli tutaj w okolicy ostatnich piętnastu lat, jest wiele tysięcy, których życzeniem i celem jest się zintegrować i których każda myśl oraz staranie idzie w tym kierunku.

Ale wyobrażenie sobie, iż taka rzecz przyjdzie do głowy dużej i wciąż rosnącej większości imigrantów oraz ich potomków jest niedorzecznym i niebezpiecznym nieporozumieniem. Jesteśmy na skraju zmian. Dotychczas siła okoliczności i sprawa pochodzenia sprawiła, iż pomysł integracji stał się niedostępny większej części społeczeństwa imigrantów, nigdy taka rzecz nie była ich pomysłem, ani zamiarem, a ich liczby i fizyczna koncentracja wymuszają nacisk na integrację, którym normalnie nie operuje się wobec małej mniejszości. Obserwujemy teraz wzrost stanowczych sił działających przeciw integracji, usankcjonowanych interesów w zachowaniu i wyostrzeniu różnic religijnych oraz rasowych, z widokami na autentyczną dominację, najpierw nad współimigrantami, a potem nad resztą społeczeństwa. Chmura nie większa od ludzkiej dłoni, która może niedługo przesłonić niebo, została zobaczona niedawno w Wolverhampton i szybko się rozszerza. Słowa, których zaraz użyję, dosłownie w takiej postaci, w jakiej pojawiły się w lokalnej prasie 17 lutego, nie są moje, ale członka parlamentu z Partii Pracy, który jest ministrem w obecnym rządzie: Kampania „społeczności Sikhów” na rzecz uzyskania uprawnień niedostępnych w Brytanii godna jest pożałowania. Pracując w Brytanii, zwłaszcza w służbie publicznej, powinni się przygotować na akceptację warunków swojego zatrudnienia. Przyznawanie sobie specjalnych praw (czy może raczej „rytuałów”?) prowadzi do niebezpiecznej fragmentacji w naszym społeczeństwie. Komunalizm to rak: powinien być potępiony, niezależnie od koloru skóry. Cała zasługa leży po stronie Johna Stonehouse’a za jego wnikliwy wgląd w sytuację i odwagę, by powiedzieć o tym głośno. Dla tych niebezpiecznych i dzielących elementów pożywkę stanowi legislacja proponowana w ustawie o stosunkach rasowych. Jest to środek pokazujący, iż społeczności imigranckie mogą się zorganizować, by połączyć swoich przywódców, agitować i prowadzić kampanię przeciw współobywatelom, zahuczeć i zdominować resztę za pomocą broni prawnych dostarczonych im przez ignorantów i niedoinformowanych. Kiedy patrzę w dal, napełniają mnie złe przeczucia, niczym Rzymianin, zdaję się, że „hojnie krwią spienione widzę Tybru fale” (fragm. z „Eneidy” Wergiliusza – przyp. red.)

Tragiczny i trudny fenomen, jaki obserwujemy ze zgrozą po drugiej stronie Atlantyku, przeplatający się z historią i samym istnieniem Stanów, zbliża się za sprawą naszej własnej woli i zaniedbania. W istocie nadejdzie niedługo. Odwołując się do liczb, będziemy mieli amerykańskie proporcje na długo przed końcem wieku. Jedynie stanowcze i pilne działanie zapobiegnie temu nawet teraz. Czy pojawi się wola publiczna, by zażądać i uzyskać takie działanie, tego nie wiem.

Wiem natomiast, iż widzieć, a nie przemówić, byłoby wielką zdradą.

Przełożył Piotr Kowalczyk – pkowalczyk@poczta.onet.eu

Foto: by Allan Warren – Praca własna, CC BY-SA 3.0